Triathlon Energy Duathlon Energy Energy Meeting MTB Energy Run Energy Energy Events

Emil Wydarty: Gorąca relacja z Afryki. Z kultowego wyścigu Cape Epic (ROZMOWA)

Triathlon energy

30.03.2017 1337

Emil Wydarty: Gorąca relacja z Afryki. Z kultowego wyścigu Cape Epic (ROZMOWA)

„Piep… szosowcy”. To Emil słyszał nie raz podczas wyścigu Cape Epic w Afryce. Nie raz walczył na trasie o życie. W ciągu dnia temperatura sięgała ponad 40 paru stopni Celsjusza, aby w nocy spadać do czterech. Wyścig ledwo się zakończył, a Wydarty już myśli o powrocie, bo jak sam mówi na tak dobrze przygotowanej imprezie, gdzie wszystko kręci się wokół człowieka, jeszcze nie był. No, ale jak może być inaczej skoro to jeden z najtrudniejszych wyścigów etapowych na świecie.

Co to jest właściwie Cape Epic?

- Cape Epic to ośmiodniowy, etapowy wyścig kolarstwa górskiego, który odbywa się w prowincji przylądkowej zachodniej w RPA. Jest to jeden z dwóch wyścigów etapowych MTB na świecie sklasyfikowany przez UCI w najwyższej kategorii HC. Dodam, że w kategorii HC na całym świecie jest sklasyfikowanych tylko pięć wyścigów. Trzy szosowe: Tour de France, Giro di Italia oraz Vuelta Espana oraz dwa wyścigi MTB. Na Cyprze oraz właśnie Cape Epic. Zawsze w tym wyścigu startuje śmietanka długodystansowego ścigania. Są mistrzowie świata i olimpijscy, z którymi pokonujesz taką samą trasę. Jest to zdecydowanie najważniejszy wyścig etapowy MTB na świecie.

Co jest Twoim zdaniem największą trudnością dla ludzi z naszej szerokości geograficznej, kiedy startują w takiej imprezie?

- Największą trudnością jest podróż. Co najmniej 10 godzinny lot. Przeważnie w nocy. Niewiele osób jest w stanie wydać dodatkowych kilkanaście tysięcy złotych na bilet w klasie biznes, a lot w ekonomicznej jest bardzo męczący. Nie możesz więc pozwolić sobie na przylot w sobotę, bo nie dasz rady się zregenerować przed startem. Temperatura nie jest największym problemem, bo możesz w etapie przygotowań pojechać na obóz w ciepłe miejsce i potrenować w podobnych warunkach. Dużą trudnością może być brak przygotowania się do tej imprezy. Widziałem tam sporo triathlonistów. Łatwo ich poznać. Po zegarkach, plecakach i ciuchach. Ten wyścig to zupełnie inna bajka, nie jedziesz na szosie. Momentami jazda jest bardzo trudna technicznie, ale też bardzo interwałowa. Nie jestem zły technicznie, ale zdarzało mi się słyszeć kąśliwe uwagi od zawodników MTB. Wyobraź sobie, że jedziesz na wysokości 900 metrów, gdzie z jednej strony masz przepaść, starasz się jechać bezpiecznie, ale w miarę szybko. Za Tobą są kolarze MTB, którzy chcą jechać szybciej i słyszysz za plecami „Fucking Roadies”, czyli po naszemu „Piep…. szosowcy”. Na zjazdach mijają Cię jak furmanki, ale przychodzi kolejny podjazd i Ty ich mijasz jak furmanki.

Jak można się dostać na Cape Epic?

- Nie jest łatwo. Są trzy sposoby. Pierwszy: możesz pojechać w roku 2018 na Cape Epic jako wolontariusz na swój koszt i pracować na tej imprezie. Wówczas na rok 2019 dostaniesz automatycznie zaproszenie do wykupienia pakietu startowego. Drugi: dzień po zakończeniu wyścigu w poniedziałek, organizator udostępnia 100 pakietów do sprzedaży na zasadzie – kto pierwszy ten lepszy, w tym roku rozeszły się w 3 sekundy. Trzeci: loteria, do końca maja 2017 możesz się zgłosić, płacisz 10 dolarów i czekasz na wyniki losowania do lipca. Po wylosowaniu masz miesiąc na dokonanie opłaty startowej.

Ile kosztuje pakiet startowy na ten wyścig?

- Na start w roku 2017 pakiet kosztował 5690 dolarów za dwuosobowy zespół. W cenie pakietu masz prawo startu, siedem noclegów w namiotach. Każdy ma swój dwuosobowy namiot, a w nim materac do spania i miejsce na rozłożenie rzeczy. Oprócz tego dostajesz sławną torbę na kółkach, w którą musisz zmieścić cały dobytek na czas wyścigu. Każdego ranka oddajesz torbę wolontariuszom i odbierasz ją na mecie. Na końcu każdego etapu w cenie pakietu masz mycie roweru, ale już naprawy techniczne są po Twojej stronie. Oczywiście możliwość korzystania z bufetów oraz wyżywienie. Śniadanie i kolację oraz na mecie każdego etapu posiłki regeneracyjne. Dodatkowo gadżety. Czapeczka, kurtka i inne upominki.

Jak wyglądał Wasz dzień na imprezie?

- Wszystko jest determinowane przez godzinę startu. O 7 startuje elita i potem co 5 minut kolejne sektory. Dalsze sektory co 10 minut. My zazwyczaj startowaliśmy z sektora B, czyli o godzinie 7:15, każdy musi być w sektorze na 20 minut przed startem, czyli musieliśmy być o 6:55. Pobudka o 5 rano, o 5:15 byliśmy już na śniadaniu, kończyliśmy około 5:30. Wizyta w toalecie. O 6 był otwierany serwis, w którym wykupiliśmy usługi serwisowe, zatem o tej godzinie odbieraliśmy rowery. O 6:15 przygotowanie do startu i przebieranie się. Pięć minut przed siódmą byliśmy już w sektorze, a dwadzieścia minut później jazda! Etap trwał od czterech do sześciu godzin. Po dojechaniu na metę zjadaliśmy posiłek regeneracyjny. To zajmowało nam około 30 minut. Następnie zawoziliśmy rowery do serwisu. Po powrocie z serwisu pierwszą rzecz jaką robiliśmy to prysznic, potem kolejny posiłek regeneracyjny i do 17 leżenie w namiocie, który nazywał się Chill Room. Jak najdłużej leżeć z nogami do góry. Potem czas na rolowanie, internet, na napisanie kilu słów do najbliższych, telefony. O godzinie 18 kolacja, potem jeszcze chwila na odpoczynek i o 20 – 20:30 już szliśmy spać.

Patrząc na zdjęcia Waszych rowerów zauważyłem, że mieliście tylko jeden bidon. Czy to nie jest za mało przy takich upałach?

- Ja wybrałem rower, który zmieści dwa bidony na ramie. Ja akurat za dużo nie piję. Na każdym etapie są 3 – 4 bufety. Często łapałem się na tym, że pomiędzy bufetami nie wypijałem więcej niż 750 ml, nawet gdy było bardzo gorąco. Zresztą na MTB nie ma też czasu żeby za dużo pić. Jest taki filmik organizatora z pierwszego etapu, na którym mistrzyni świata Sabine Spitz chwyta za bidon w nieodpowiednim momencie i kończy się to tym, że upada i uderza się w głowę. Do końca wyścigu jedzie z podbitym okiem i rozciętym łukiem. Dlatego legenda przełajów Sven Nys jechał z bukłakiem co wśród kolarzy MTB jest uznawane za piknikostwo. Ostatni etap przejechałem na jeden bidon i tylko raz się zatrzymałem, aby go napełnić. Bufety na Cape Epic są bardzo bogate. Jest wszystko. Żele, tabletki na skórcze, woda, izo, żelki, ciasta, gotowane ziemniaki, paluszki i morele.

Czy jest szansa przejechać ten wyścig „just for fun”, czy wszyscy tam się ścigają?

- Michał Bogdziewicz, który ma ponad 20 lat doświadczenia określił ten wyścig jako wojnę. Na Cape Epic masz 11 sektorów startowych. Wydaje mi się, że tam dalej jest większy luz, ale Ci ludzie też się ze sobą ścigają. Kiedyś czytałem artykuł, który mówił, że na Cape Epic są cztery grupy. Pierwsza to UCI, ale o nich nie mówimy. Druga grupa to bardzo ambitni amatorzy, bliscy zawodowcom i tutaj pasuje Michał. Trzecia grupa to amatorzy, którzy ścigają się sami ze sobą i chcą być w środku stawki i ostatnia grupa, która ściga się z limitem czasu.

Czym się zajmujesz zawodowo?

- Jestem oficerem nawigatorem na statku wiertniczym. Pracuję na statku, który musi stać w miejscu. Oprócz nawigacji zajmuję się również dynamiczną stabilizacją pozycji statku.

No to jak się przygotowywałeś do Cape Epic?

- O tym, że startujemy w Cape Epic dowiedziałem się w sierpniu. Byłem wówczas na początku roztrenowania po triathlonie. Szybka decyzja. Triathlon idzie na chwilę w odstawkę. Skupiłem się wyłącznie na treningu kolarskim. Czasem coś pobiegałem, ale bardzo niewiele 6 – 8 km. Do grudnia chodziłem na basen. Dużo ćwiczeń siłowych, hantle, ćwiczenia ogólnorozwojowe, które moim zdaniem są kluczowe w kolarstwie MTB. Bo, jeżeli nie masz mocnych łydek, ramion i przedramion i całej obręczy barkowej to na długich, kamienistych zjazdach, gdzie nie możesz siedzieć na siodełku tylko cała waga opiera się na nogach i rękach, które jeszcze muszą pracować, to nie dasz rady.

Pracujesz w układzie 4 tygodnie pracy – 4 tygodnie w domu . Jak pogodziłeś przygotowania z pracą?

- Na statku mam rower spinningowy. Jest także mała siłownia, która ma dwa rowery, dwie bieżnie, dwa orbitreki, ergonometr i kupę żelastwa. Tam trenuję. Na statku trening spinningowy to nawet 3-4 godziny. Było o tyle dobrze, że mogłem do roweru zamontować pedały z pomiarem mocy, więc trening był bardzo dokładny. Moim przygotowaniem zajmował się partner z pary Michał Bogdziewicz. Nawet cztery razy w tygodniu były to treningi interwałowe. Na początku pracowaliśmy w strefie tempo, ale czym bliżej startu tym intensywność była wyższa. Na końcu pracowaliśmy na bardzo krótkich 10 – 15 sekundowych interwałach z przerwą 50 sekund, podczas których moc dochodziła do 1000 – 1200 Watt. Było to oczywiście przeplatane luźnymi treningami w tlenie.

Czy na terenach Pomorza, Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego jesteś się w stanie przygotować pod kątem nauki techniki jazdy do takiego wyścigu?

- Nie znajdziesz tutaj tak długich zjazdów i podjazdów, ale Michał pokazał mi w TPK takie trudne zjazdy, że chciałem rower sprowadzać. W większości trenowałem w TPK, na Kaszubach, albo w lasach otomińskich. Zima na szczęście była na tyle łagodna, że udało się tutaj jeździć i pracować nad techniką. Co ciekawe praktycznie odstawiłem trenażer, nawet jak było minus 10 to szedłem na rower MTB.

Powiedz co Was najbardziej zaskoczyło podczas wyścigu?

- Chyba to jakie to było fajne… Strasznie mnie to wciągnęło. Nigdzie nie spotkałem takiej atmosfery. To był pierwszy wyścig na którym to zawodnik był rzeczywiście najważniejszy. Człowiek wokół którego się budowało coś. Wszystko było dla Ciebie. Cała otoczka medialna, to że nad Tobą latają helikoptery… Czujesz się kawałkiem czegoś ważnego. Jak byłem mały marzyłem, żeby zostać kolarzem. Zostałem rowerzystą, bo tak siebie nazywam. Ale przeżycie jest niesamowite. Pierwsze dni było naprawdę gorąco, ostatnie 4,7 stopnia w nocy. Pomimo bardzo dobrego śpiwora i ubioru budziłem się w nocy i było mi zimno.

Za chwilę kilku Polaków startuje w zawodach IronMan w Porth Elizabeth jakie masz dla nich rady, jako człowiek, który chwilę temu wrócił z Afryki?

- Mogę powiedzieć, że znam tamto miejsce, bo pracuję tam kilka lat. Nawet jeżeli w prognozie pogody zapowiadają, że wiatr będzie lub nie, to nie ma żadnego znaczenia. Jak mają być 23 stopnie, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w ciągu kilku godzin zrobiło się 36. Na pewno będzie ciepło i wietrznie. Dla mnie to niesamowita historia, bo wszyscy startujący uznali, że będzie tam bardzo łatwo, a tam wcale nie jest łatwo. Trasa kolarska jest trudna, dodatkowo w połączeniu z warunkami atmosferycznymi będą to mega trudne zawody. Chciałbym każdego z Polaków startujących tam zapytać co Was skłoniło do tego wyboru? Moim zdaniem łatwiej o slota na Hawaje byłoby w Chinach, bo w związku z wykupieniem licencji przez chińczyków na połówkach w Chinach można wygrać slota na pełny dystans na Hawaje. Dlatego trzymam też kciuki za Radka Buszana, który właśnie w Chinach powalczy o slota już 1 kwietnia. Wracając do Porth Elizabeth wiem, że na listach startowych jest kilku zawodników z wynikami poniżej 9:30. Tam nie pojechały przysłowiowe ogórki, dodatkowo moja analiza pokazuje, że to nie jest trasa na życiówki, dlatego wiem, że będzie ciężko.

Czy uważasz, że każdy jest w stanie ukończyć Cape Epic?

- Odpowiednio przygotowany tak. Jeżeli chcesz spokojnie ukończyć bez walki o życie i zdrowie. Na spokojne przygotowanie wystarczy 8 miesięcy.

Ilu Polaków przed Wami ukończyło Cape Epic?

- W kategorii PRO startował Andrzej Kajzer i jego najlepszy wynik to 21 miejsce. Niewykluczone, że Andrzej wróci jako masters w kategorii powyżej 40 lat. Myślę, że przed nami około 30 – 40 osób z Polski ukończyło ten wyścig.

Co dalej?

- Na pewno chcemy tam wrócić! Michał chciał zrealizować marzenie, jako człowiek, który zajmuje się kolarstwem. To klasyka. Potraktował to jako rekonesans i chce tam wrócić, żeby powalczyć o zwycięstwo w kategorii M40. Jeżeli nam się uda, to na pewno nie będziemy spali w namiotach, wynajmiemy kampera i będzie już zupełnie inaczej. Przygotujemy swoje jedzenie, bo kategoria PRO nie jadła razem z nami. Na bufetach też nie korzystali z napoju izo z lodem, który nie wiadomo z jakiej wody był zrobiony. Dodatkowo jakość snu w kamperze jest o wiele większa niż w namiocie. Tak więc mogę powiedzieć, że jeżeli tylko będę mógł to wrócę na ten wyścig.

Czego nauczyłeś się na tym wyścigu?

- Michał powtarzał mi na każdym kroku „Nie marnuj energii”! I to rzeczywiście się sprawdza przy tak wymagającej imprezie. Niby nic nie znaczące ruchy i wysiłek dają się we znaki. W jednym miejscu zmarnujesz jeden watt, a jutro Ci go zabraknie w drugim.

 

Rozmawiał Adam Greczyło

Foto: Zbiór Emila Wydartego

 

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Sponsor strategiczny Triathlon Energy Starogard Gdański

Hoffer Triathlon Energy Lidzbark Welski

Patron medialny cyklu

Organizator

Aktywni - Swim, Bike, Run